Blue Velo

Szlak wzdłuż Odry, na którym jest mało Odry, za to dużo wody, dworów, pałaców, zamków, wina i łagodnych krajobrazów.

W mediach od kilku dni tematem numer 1 jest Odra. Niestety, wicekrólowa polskich rzek zamiast przyciągać turystów, przyciąga teraz tylko uwagę – i to w negatywnym sensie. A mogłoby być przecież tak pięknie. W Europie popularne są trasy rowerowe poprowadzone wzdłuż rzek, a austriacki odcinek Donauradweg (trasy Naddunajskiej) z Pasawy do Wiednia jest uznawany za najpopularniejszy szlak wypraw rowerowych na świecie. W Polsce też mamy już dobre przykłady, których trzeba szukać w Małopolsce. Parę lat temu 5 nadodrzańskich województw porozumiało się co do stworzenia wielkiej, narodowej trasy wzdłuż Odry – Blue Velo. Najbardziej do serca wzięli to sobie w Zachodniopomorskiem, gdzie prawie ukończone jest już 257 km szlaku. Co ciekawe, to trasa wzdłuż Odry trzymająca się z reguły na dystans od Odry, więc nie grozi nam zapach śniętej ryby! Cały czas jednak mamy jakąś wodę w zasięgu wzroku – najpierw Bałtyk, potem Zalew Szczeciński i jezioro Dąbie (czwarte największe w Polsce!), Odrę Zachodnią i Wschodnią, potem mniejsze rzeczki – Tywę, Rurzycę i Myślę, by na koniec powrócić na łono Odry w okolicach Parku Narodowego Ujście Warty.

Odcinek ze Szczecina do Świnoujścia jest jednocześnie częścią szlaku Dookoła Zalewu Szczecińskiego (relacja z przejazdu tutaj), dlatego zaczynam trasę niejako “w środku”, wysiadając w Szczecinie – Dąbiu po 13 godzinach jazdy w pociągu z Białegostoku. O dziwo, nie było większych problemów z dostępnością miejsc rowerowych w PKP (bilety kupowałem z kilkudniowym wyprzedzeniem, ale na całej trasie było parę wolnych wieszaków).

Na dzień dobry stajemy przed wyborem – czy jechać oficjalną trasą oznaczoną na mapach i w świetnej aplikacji, czy ruszyć za głosem serca przez szuwary, za to wzdłuż brzegów jeziora Dąbie. Chyba nie muszę tłumaczyć, który wariant wybrałem? 🙂 Szlak wzdłuż jeziora ma być gotowy w 2023 roku, ale już teraz wybiera go wielu rowerzystów. W lipcu był już porządnie zarośnięty, ale nie na tyle, żeby nie dało się go przejechać, zwłaszcza na moim rowerze z oponami 2,25’’. W praktyce problematyczne było tylko pierwsze 5 km, na które nie pchałbym się z przyczepką albo z rowerem o bardzo cienkich oponach. Dalej utwardzona eleganckim szutrem trasa idzie po wałach i wygląda na gotową, parę kilometrów przed Lubczyną pojawia się nawet oznakowanie. Tu znowu można odbić na asfalt albo przedrzeć się kilka kilometrów niedokończonym odcinkiem do rzeki Iny, gdzie powraca elegancka ścieżka. Pojechałem tu przede wszystkim dla widoku słynnego betonowca, czyli wraku statku z betonu.

Czego?

Betonowiec

Otóż tak – kiedy w czasie wojny Niemcom zaczęło brakować stali, zaczęli w Darłówku produkować statki z żelbetu. Statki pływały, póki nie trafił je jakiś radziecki pocisk, jak było w przypadku naszego wraku. Po wojnie został odholowany do Inoujścia i zatopiony. Organizowane są na nim czasem koncerty, podczas których publiczność znajduje się na łodziach wokół wraku – chętnie bym to kiedyś zobaczył. Na razie statek zobaczył z bliska tylko mój dron, ale i tak było warto. Po paru kilometrach wyjeżdżam na świeżutki asfalt budowanej właśnie drogi rowerowej do Stepnicy, znanej z piaszczystej plaży i tawerny Panorama. Na nocleg zaszywam się w sympatycznej dębinie nad zalewem.

Rankiem wjechałem do Parku Natury Zalewu Szczecińskiego. Dziko żyją tu koniki polskie, włochate krowy rasy Scottish Highland, drogę przebiegają mi dziki, a o ptactwie nawet nie ma co wspominać, bo jest go zatrzęsienie.  Po wyjeździe z parku zaczyna się asfalt – co ciekawe, w wersji tylko dla rowerów. Równiuśką, nowiuśką drogę rowerową obrandowaną logiem Pomorza Zachdoniego (zbudowaną oczywiście za pieniądze z UE) oddziela od gruntowej drogi dla samochodów rząd biało-czerwonych słupków. Nawet nie chcę myśleć, co kierowcy myślą o takim rozwiązaniu. Fakt, że nie spotkałem na tym odcinku samochodów, bo droga prowadzi głównie do wypasionych domostw lokalnej magnaterii.

W Wolinie robię obowiązkowy przystanek w Centrum Słowian i Wikingów. Wolin 1000 lat temu był jednym z większych grodów w Europie. Życie zakończył tu król wikingów Harald Sinozęby, od którego nazwę wzięła technologia Bluetooth. W tym roku dowiedzieliśmy się, że legendarny władca jest prawdopodobnie pochowany we wsi Wiejkowo, kilka kilometrów od miasta. W Wolinie chciałem dokonać małego oszustwa i skrócić sobie 30 km niezbyt ciekawej (jak mi się wydawało) trasy jadąc pociągiem do Świnoujścia. Jak wiadomo chytry dwa razy traci – straciłem godzinę na obijaniu się na lodach, a potem nie dałem rady wsiąść do zapchanego po czubek pociągu. Nie ma jednak tego złego – okazało się, że odcinek tuż za Wolinem jest naprawdę bajeczny, mimo że w pewnym momencie nowy asfalt zmienia się w betonowe (wyjątkowo równe) płyty. Kolejny spektakularny odcinek prowadzi wzdłuż plaży z Międzyzdrojów do Świnoujścia, stale z widokiem na morze. Widać też wypoczywających nudystów, którzy nie są szczególnie zachwyceni tabunami rowerzystów. Cóż począć.

Dalej jechałem trasą Dookoła Zalewu Szczecińskiego, by po dwóch dniach znaleźć się z powrotem w Szczecinie. Relację z tego przejazdu zamieściłem tutaj. Tymczasem ja ruszyłem na południe, kilka kilometrów jadąc dokładnie wzdłuż granicy, by znowu zobaczyć Odrę między Mescherin a Gryfinem. W Gryfinie jestem co roku na kultowym festiwalu podróżniczym “Włóczykij”, ale jakoś nigdy nie ciągnęło mnie, by sprawdzić, co kryje się po drugiej stronie Odry. Otóż wznosi się tam wysoka wieża widokowa, z której widać Park Krajobrazowy Dolina Dolnej Odry – rozciągający się między Odrą Wschodnią i Zachodnią. Rozpościerające się na długości kilkudziesięciu kilometrów rozlewiska, bagna, łąki i torfowiska to raj dla ptaków, a więc i ornitologów. Na jesiennym zlotowisku zbiera się do 9000 żurawi! Występuje tu m.in. 14 gatunków z Polskiej Czerwonej Księgi. Za Gryfinem zaczyna się najlepiej przygotowany odcinek szlaku, bo poprowadzony po dawnej trasie kolei Gryfino – Swobnica. Nie jest mi jednak dane delektować się nią w całości, bo najpierw zbaczam do słynnego Krzywego Lasu, a potem na winko do winnicy Turnau. To największa winnica w Polsce, a nazwisko znanego artysty nie znalazło się tu przypadkiem, choć Grzegorz jest tylko jednym ze współzałożycieli obiektu. Choć spodziewałbym się snobistycznej atmosfery, na wejściu pan strażnik zaprasza mnie na krótkie zwiedzanie, a i sam ma sporo do powiedzenia. Winka nie próbuję, bo jestem za kierownicą, ale kiedyś pewnie wrócę tu na dłuższą degustację albo jeden z koncertów (nie, nie występuje tu wyłącznie Grzegorz Turnau :)). Winnica też została dofinansowana z UE kwotą ponad 3,5 milionów złotych. Polecam!

Atrakcją nr 1 tego szlaku jest dla mnie chyba jednak zamek joannitów w Swobnicy. Nie byłby on jednak niczym więcej niż imponującą ruiną, gdyby nie pani Renata, która pobiera opłaty za wstęp na wieżę. Jeśli pociągnąć ją za język, opowie historię tego miejsca, wykopalisk archeologicznych, tajemnic i kontrowersji, które towarzyszą każdemu zaniedbanemu zabytkowi. Zamek jest wystawiony na sprzedaż i ponoć nawet znalazł się inwestor chętny wyłożyć kilkadziesiąt milionów złotych, by przywrócić mu dawną świetność. Byłby to niemalże cud, ale mamy w Polsce sporo przykładów odbudowy z nawet większych ruin. Wnętrza zamku (które mogłem zobaczyć dzięki specjalnej przepustce) są zachowane w stanie pozwalającym na odbudowę.

Dalej droga wygląda następująco: Dwór, folwark, aleja pięknych, starych drzew, pałac, folwark, aleja, dwór. I tak właściwie do granic województwa. Niektóre pałace są już niestety nieodwracalną ruiną (Warnice), inne cieszą oczy z daleka, bo są w rękach prywatnych właścicieli (Chełm Górny), a po niektórych został już tylko park dworski (Chełm Dolny). W Gogolicach niedawno uratowano mały pałacyk, a zabudowania folwarczne czekają wciąż na remont. W Smolnicy pałac znajduje się pod troskliwą opieką Zespołu Szkół Rolnych, ale wystarczy rzucić okiem na przedwojenne zdjęcia, by zrozumieć, jak daleko mu do przedwojennej świetności. Mało tu nowej zabudowy, a wsie trzymają się z grubsza swoich przedwojennych założeń, co daje wrażenie podróży w czasie, choć to wyświechtane stwierdzenie. Można poczuć się jak dziedzic, jeżdżący od folwarku do folwarku, odwiedzający krewnych i znajomych. Nie ma tu ścieżek rowerowych, ale ruch na drogach lokalnych jest znikomy. Był to dla mnie najbardziej zaskakujący i urzekający etap Blue Velo. Ostatnim nietypowym zabytkiem na trasie jest kościół templariuszy w Chwarszczanach. Otacza go aura tajemnicy, jak zresztą wszystko, co związane z templariuszami. Czy ukryli tu swój skarb? Są i takie teorie. Faktem jest, że budynek nie ma odpowiednika na całym świecie!

Stąd już tylko rzut beretem do Kaleńska – i znów jestem nad Odrą. Po 10 kilometrach docieram do Kostrzyna nad Odrą. Jeżeli komuś mało ptaszorów, to może spędzić więcej czasu w Parku Narodowym “Ujście Warty”. Komu wystarczy – może wsiadać w pociąg do dowolnego miejsca w kraju.

 

Subiektywny ranking atrakcji szlaku:
  1. Zamek joannitów w Swobnicy
  2. Betonowiec
  3. Dwory i folwarki
  4. Park Natury Zalewu Szczecińskiego
  5. Krzywy Las

Relacja powstała w ramach współpracy z województwem zachodniopomorskim. Zostałem poproszony, by zwrócić uwagę na inwestycje dofinansowane ze środków europejskich. Lubię takie niezbyt wymagające zadania. W skrócie – cały projekt szlaków rowerowych nie byłby możliwy, gdyby nie miliony z Unii. Mamy dzięki nim produkt turystyczny na naprawdę wysokim poziomie. Wciąż w budowie (na części odcinków brakuje jeszcze oznakowania), ale daje mnóstwo radości. Problemy z orientacją rozwiązuje aplikacja Pomorze Zachodnie, zrobiona naprawdę z sensem i mega przydatna – również krajoznawczo. Jej też by nie było, gdyby nie dofinansowanie europejskie 🙂

Leave a comment