fbpx

Kim byli Łemkowie i Bojkowie? Historia Bieszczad, o której się nie mówi

Podsumowanie historii Łemków i Bojków

1. Łemkowie i Bojkowie – serce dawnych Bieszczad i Beskidu Niskiego

Łemkowie i Bojkowie to grupa etniczna, która przez wieki zamieszkiwała te regiony. Ich kultura i tożsamość były kształtowane w kontakcie z sąsiednimi grupami etnicznymi.

2. Kto mieszkał w Bieszczadach przed ii wojnie światowej?

Przed II wojną światową około 80% ludności stanowili Rusini – wśród nich Łemkowie i Bojkowie, była to głównie ludność ruska. Ludność jego regionu charakteryzowała się dużą różnorodnością etniczną.

3. Wysiedlenia, które zmieniły oblicze regionu

W latach 1944–1947 przymusowe przesiedlenia i akcja „Wisła” doprowadziły do rozproszenia i utraty tradycyjnej kultury. Z terenu PRL wysiedlono wtedy tysiące osób. W wyniku przesiedleń łemkowszczyzna została niemal całkowicie wyludniona, a z powiatu leskiego wywieziono znaczną część mieszkańców. W niektórych wsiach po wysiedleniach pozostały tylko pojedyncze rodziny. W konsekwencji doprowadziło to do zaniku tradycyjnej kultury regionu.

4. Dwie grupy, jedna historia

Łemkowie i Bojkowie różnili się pochodzeniem, językiem i stylem życia, ale łączyła ich wspólna historia. Bojkowie nie mieli wyraźnych aspiracji narodowych, skupiając się głównie na zachowaniu swojej odrębności kulturowej. W przeciwieństwie do innych grup, Łemkowie rzadko udawali się na emigrację, co dodatkowo podkreślało ich specyficzną postawę wobec zmian społecznych.

5. Bieszczady dziś

Obecnie Bieszczady to kraina opuszczona, pełna śladów dawnych mieszkańców – cerkwi, muzeów i ruin wsi. Dziś Bieszczady znajdują się w województwie podkarpackim.

kamienny mostek prowadzący do cerkwi z cmentarzem w Beskidzie Niskim

Tajemnice dawnych mieszkańców Bieszczad – kim byli i gdzie się podziali?

Stoisz na łące gdzieś w dolinie Sanu, kilometry od najbliższej wsi. Jesteś w Bieszczadach. Panuje absolutna cisza, dookoła rozciągają się lasy, góry i trawa sięgająca po pas. Myślisz sobie: „ale tu dziko”. Spoglądasz pod nogi i dostrzegasz zarys kamiennej podmurówki. Kawałek dalej znajduje się studnia, a raczej czarna dziura w ziemi, ledwo widoczna. Pod lasem rośnie stara, zdziczała jabłoń, której owoce są tak kwaśne, że wykręcają twarz.

To nie jest dzika kraina. To jest kraina opuszczona.

Podczas mojej wyprawy w Bieszczady, gdzie nagrywałem podcast, szukałem właśnie tej „dzikości” – polskiego „dzikiego zachodu”, o którym tyle się słyszy. Jednak ten stereotyp jest zupełnie fałszywy. Bieszczady, które znamy dzisiaj – puste, zalesione, idealne do „rzucenia wszystkiego” – są tworem ostatnich 80 lat.

Wcześniej to było jedno z najgęściej zaludnionych miejsc w II Rzeczpospolitej. Mam na to liczby. Artur Górecki, przewodnik ze skansenu w Sanoku, podał mi dane, które całkowicie zmieniają perspektywę. Przed wojną średnia gęstość zaludnienia w Bieszczadach wynosiła aż 137 osób na kilometr kwadratowy. Dziś w gminie Cisna jest to zaledwie dwie osoby.

Kim więc byli ci wszyscy ludzie? I co ważniejsze – gdzie się podziali?

Widok z lotu ptaka na okolice cerkwi w Beskidzie Niskim

Zanim rzucisz wszystko i wyjedziesz w Bieszczady… (Krótka historia o gęstości zaludnienia)

Aby zrozumieć pustkę, która dzisiaj panuje w Bieszczadach, trzeba najpierw poznać, co było przed nią. W tamtym czasie ten region był prawdziwym demograficznym tyglem. Przed wybuchem II wojny światowej około 80% ludności stanowili Rusini, a wśród nich większość stanowili Bojkowie. Drugą co do wielkości grupą byli Żydzi, którzy zamieszkiwali miasteczka takie jak Lesko, Ustrzyki czy Baligród, stanowiąc około 10% populacji. Polacy byli na trzecim miejscu, stanowiąc zaledwie 8% mieszkańców. Do tego dochodzili Romowie oraz kilka większych wsi zamieszkanych przez Niemców. Całości wchodziły różne grupy etniczne, które razem tworzyły złożoną strukturę społeczną regionu.

Bieszczady wchodziły w skład państwa polskiego w różnych okresach historycznych, co miało wpływ na ich strukturę etniczną i polityczną.

Kiedy więc mówimy o „dawnych mieszkańcach” Bieszczad, mamy na myśli przede wszystkim dwie wielkie grupy etnograficzne: Łemków i Bojków.

CechaŁemkowieBojkowie
Obszar zamieszkaniaBeskid Niski, okolice Nowego SączaBieszczady – większość Bojków zamieszkiwała te tereny
SamoidentyfikacjaŁemkowieWęchowyńcy (Werhowyńcy) – ludzie gór
PochodzenieMieszanka pasterzy wołoskich i osadników z RusiPochodzenie rusko-wołoskie, osadnicy z XV–XVI wieku
JęzykJęzyk łemkowski, odmiana języka rusińsko-łemkowskiegoDialekt bojkowski wywodzący się z języka ruskiego
ReligiaGłównie kościół greckokatolicki i prawosławiePrzeważnie kościół greckokatolicki, rzadziej prawosławie i rzymskokatolicki
Styl życiaRolnictwo, handel, emigracja zarobkowaHodowla wołów, praca w lesie, pasterstwo
Charakterystyka strojuKolorowe, wielobarwne strojeStonowane kolory: brązy i biel
Postrzeganie sąsiadówUważali się za bardziej światowych i „lepszych”Uważali Łemków za powolnych, „lekkich”
Nazwa nadana przez sąsiadów„Bojko” – od nazwy rasy wołów„Łemko” – od partykuły „łem” w ich gwarze
Stosunek do innych grupMieli silne poczucie odrębności, ale część identyfikowała się z UkraińcamiSilna izolacja, niechęć do ukrainizacji
Status po II wojnie światowejPrzesiedlenia, akcja „Wisła”, rozproszenie po PolscePrzesiedlenia do ZSRR i rozproszenie w Polsce

Bojkowie charakteryzowali się niskim stopniu oświaty, co wynikało z ograniczonych możliwości edukacyjnych i braku rozwiniętej infrastruktury szkolnej.

Co się stało z Łemkami i Bojkami? Historia wielkiej pustki

W okresie międzywojennym sytuacja społeczno-kulturowa na tych terenach była złożona, a w dwudziestoleciu międzywojennym zachodziły istotne zmiany społeczne, kulturowe i gospodarcze.

Część społeczności była poddawana procesowi ukrainizacji, jednak nie wszyscy mieszkańcy ulegli tym wpływom, co podkreślało ich odrębność etniczną. To, co dzisiaj widzimy – puste doliny i zdziczałe sady – jest efektem nie jednego wydarzenia, lecz długotrwałego, brutalnego i konsekwentnego procesu.

Wysiedlenia, które dotknęły te tereny, były przeprowadzane także ze względów politycznych, a po wybuchu II wojny światowej sytuacja uległa dramatycznej zmianie. Deportacje obejmowały przesiedlenia ludności między innymi do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, co miało ogromny wpływ na losy mieszkańców tych ziem.

„Wymiana ludności” (1944–1946)

Wszyscy słyszeli o Akcji „Wisła”, ale często zapomina się, że tragedia zaczęła się wcześniej. Największe wysiedlenia miały miejsce w latach 1944–1946. Komuniści określali ten proces jako „wymianę ludności” z ZSRR. Polaków sprowadzano z Kresów, a grekokatolików i prawosławnych wywożono na sowiecką Ukrainę. Procesy te dotyczyły także innych mniejszości narodowych, które również zostały objęte przymusowymi przesiedleniami. Początkowo wyjazdy miały charakter dobrowolny, a władze obiecywały złote góry. Kiedy jednak ludzie przestali się zgłaszać, zaczęły się przymusowe deportacje. To wtedy Bieszczady opustoszały po raz pierwszy. Skutki tych wydarzeń nie zostały do końca wyjaśnione, a ich pełne konsekwencje wciąż są przedmiotem badań i dyskusji.

stary krzyż metalowy pod ogromną lipą

Akcja Wisła (1947) – Czystka, która zmieniła wszystko

Akcja Wisła była dopełnieniem tego procesu. W 1947 roku, po śmierci generała Karola Świerczewskiego, władze PRL wykorzystały tę sytuację jako pretekst do czystki etnicznej. Oficjalnym celem było zniszczenie poparcia dla Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), która działała na tym terenie. W praktyce jednak w ciągu zaledwie dwóch miesięcy około 120 tysięcy Łemków i Bojków zostało przymusowo wysiedlonych. Tym razem nie na Wschód, lecz rozproszono ich po „Ziemiach Odzyskanych” – głównie na Mazurach i Pomorzu, gdzie mieli zniknąć.

„Za drewniane domy dostaliście murowane” – Opowieści o powrotach (i ich braku)

W Zdynranowej w Beskidzie Niskim spotkałem panią Marię Gocz, która prowadzi Muzeum Kultury Łemkowskiej w chałupie należącej do rodziny jej męża. Jej historia to żywy obraz tych wydarzeń. Urodziła się w 1943 roku w Smerecznem. Kiedy front przeszedł, mieszkańcy opuścili wieś, która po ich powrocie była spalona. W latach 1945–47 mieszkała z rodziną w Mszanie, a potem została wysiedlona do Zaszczycina. Wysiedleńcy cierpliwie znoszą trudy życia na nowych ziemiach.

Przez lata krążył mit, że wysiedleńcy „dostali lepsze” domy murowane, po Niemcach. Pani Maria gorzko się z tego śmiała. Te domy były już zajęte, a oni zamieszkali w ciasnych, zniszczonych czworakach, gdzie tynk odpadał z sufitu.

Po 1956 roku, na fali „odwilży”, pojawiła się krótka możliwość powrotu, ale trwała tylko dwa lata. Mało kto decydował się na powrót, bo wiele wsi zostało spalonych – czasem przez UPA, czasem przez polskie wojsko. W domach, które przetrwały, mieszkali już polscy osadnicy. Trauma tych wydarzeń trwała pokoleniami. Starsi ludzie do dziś boją się spisu powszechnego, obawiając się kolejnych wywózek.

Jak się żyło? Wierzenia, diabły i… świnki morskie

Historia polityczna to jedno, ale mnie zawsze najbardziej interesowało życie codzienne – w co wierzyli, co jedli, czego się bali. W ich codziennym życiu jadło się głównie ziemniaki i owsiane placki – nic wyszukanego, ale takie były warunki. Bojkowie mieli niski poziom wykształcenia, a do tego często zmagali się z problemem pijaństwa. Mimo to byli ludźmi pełnymi pasji i emocji, choć mocno przywiązanymi do swoich przesądów i wierzeń, które miały ogromny wpływ na ich codzienność.

Ich życie było nierozerwalnie związane z obrzędami i wierzeniami – wymienić zapalanie świec w cerkwi świecy do góry nogami jako praktykę mającą chronić przed złymi mocami i innych niegodziwców. Wśród magicznych obrzędów szczególne miejsce zajmowało zakopywanie chleba i soli na ziemi sąsiadki w celu pomnożenia mleka, co pokazuje, jak głęboko zakorzenione były te praktyki w ich codzienności.

W budownictwie Bojkowie wykazywali niechęć do wszelkich zmian, trzymając się tradycyjnej budowy kominów i unikając nowoczesnych rozwiązań. Wszystkie te elementy pokazują, jak bardzo ich życie duchowe, obrzędy i codzienność były ze sobą nierozerwalnie związane.

Jedzenie: Bieda i gryzonie pod piecem

Dominowała tzw. „galicyjska bieda”. Było tak ubogo, że hodowla świni była oznaką bogactwa, bo wymagała lat karmienia bez natychmiastowych korzyści.

W łemkowskich chatach pod piecem często trzymano klatki ze… świnkami morskimi. Przywieźli je emigranci wracający z Ameryki Południowej, gdzie świnki morskie hodowane są na mięso podobnie jak u nas króliki. Były małe, szybko się mnożyły i często lądowały w beczce z kiszoną kapustą.

Wierzenia: Strach przed diabłem i śmiercią

Mieszkańcy byli bardzo wierzący i regularnie chodzili do cerkwi greckokatolickiej. Ich życie duchowe i obrzędy były nierozerwalnie związane z codziennością. Wierzyli w mnóstwo zabobonów, które przejawiały się w różnych praktykach i rytuałach. Na przykład palili świece w cerkwi do góry nogami – miało to chronić przed złem i złodziejami. To pokazuje, jak mocno tradycje i wiara przenikały ich życie. Bojkowie żyli w świecie pełnym magii, przesądów i lokalnych duchów – można by powiedzieć, że to był ich własny „folk horror”.

Ciekawostką jest, że łóżka w ich chatach były bardzo krótkie, bo spano na półsiedząco. Wierzono, że jeśli ktoś śpi płasko na plecach, może go dusić zmora i to oznacza, że czas na śmierć. Śmierć wyobrażano sobie jako kobietę – jeśli zobaczyła gospodarza leżącego płasko i chrapiącego, uznała, że jego czas nadszedł. Ale jeśli siedział, to znaczyło, że jeszcze nie śpi i musi iść dalej.

Jak podsumował to Marcin Wojtanowski z Muzeum Bojków: „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek” – lepiej zabezpieczyć się na dwie strony.

 

Jak wychować diabła (i się go pozbyć)

Można było sobie wyhodować własnego domowego diabełka, zwanego „Wychowańcem” lub „Chowańcem”. Był demonem-pomocnikiem, ale w zamian trzeba było mu sprzedać duszę.

Instrukcja była prosta: należało znaleźć jajko od czarnej kury, małe i bez żółtka (tzw. „znioska”), nosić je pod lewą pachą przez dziewięć dni, nie chodząc w tym czasie do cerkwi ani się nie modląc. Po tym czasie z jajka wykluwał się czarny kurczak lub mały diabełek, który pytał: „Czego chcesz?”. Zazwyczaj proszono go o pomoc w gospodarstwie i pomnożenie majątku.

Wśród innych obrzędów magicznych popularne było zakopywanie chleba i soli na ziemi sąsiadki w celu pomnożenia mleka. Wierzono, że taki rytuał nie tylko zwiększa urodzaj mleka w gospodarstwie, ale także chroni przed złymi mocami i innymi niegodziwców, którzy mogli zaszkodzić domostwu.

Diabeł był pracowity, ale też gonił gospodarza do roboty i nie dało się go pozbyć. Jedyny sposób to przekazać go komuś na łożu śmierci albo sprzedać dom, pytając kupującego, czy kupuje „ze wszystkim”. Jeśli ten nieświadomie się zgodził, diabeł zostawał z nowym właścicielem.

Upiory, czarownice i hamarnicy

Wierzono także w upiory, czyli wampiry. Najczęściej podejrzewano o to mężczyzn z czerwoną twarzą, którzy nadużywali alkoholu i mieli dwa serca – drugie aktywowało się po śmierci, wyciągając ich z grobu. Stosowano pochówki antywampiryczne: wkładano do trumny czosnek lub wlewano olej do ust zmarłego.

Były też czarownice („bisurkinie”), które potrafiły rzucać uroki i psuć mleko. Wierzono, że w nocy zamieniały się w ropuchy, a kopnięcie takiej ropuchy następnego dnia ujawniało, która kobieta miesiączkuje – co było dowodem na czary.

Społeczność bojkowska była niechętna wszelkim zmianom, co pozwalało im zachować własną odrębność kulturową i religijną. W opowieściach o upiorach i czarownicach często podkreślano żar namiętności, z jakim Bojkowie przeżywali swoje wierzenia i emocje.

„Planetnicy” (zwani też „hamarnikami”) to mężczyźni, którzy potrafili kontrolować pogodę. Wzywano ich, gdy nadciągała burza gradowa. Wychodzili na wzgórze z drewnianą laską i „rozganiali” chmury.

Historia, która wraca. Opowieść Darii Kosiek

Te wszystkie historie brzmią jak bajki, ale ludzie, którzy je opowiadali, zostali wykorzenieni. Teraz ich potomkowie wracają. Historia zatoczyła koło.

W Sanoku spotkałem Darię Kosiek, wokalistkę zespołu Wernyhora, której muzykę można usłyszeć w moim podcaście. Daria jest wnuczką ludzi wysiedlonych z Bieszczad. Urodziła się na Pomorzu, w Białym Borze, jednym z najsilniejszych ośrodków ukraińskich, które powstały na „ziemiach odzyskanych”. Uczyła się w ukraińskiej szkole, a jej pierwszym językiem był ukraiński.

Po 70 latach od wysiedlenia dziadków wróciła w Bieszczady i zamieszkała w Sanoku. Kiedy zapytałem ją, kim się czuje, odpowiedź była jasna – czuje się Ukrainką. Jej muzyka to „bojkowski głos Bieszczad” – próba przywrócenia pieśni, które kiedyś tu śpiewano, hołd dla przodków.

Tożsamość Łemków jest dzisiaj skomplikowana. Jedni, jak Daria, czują się Ukraińcami z korzeniami w Bieszczadach, inni uważają się za osobny naród Karpato-Rusiński. Te podziały trwają do dziś.

Korzenie (i moje własne)

Podczas wizyty w Muzeum Kultury Bojków w Myczkowie byłem świadkiem sceny, która kwintesencją oddaje tę historię. Do kustosza podszedł turysta mówiący łamaną polszczyzną z niemieckim akcentem. Opowiedział, że dopiero niedawno odkrył, iż jego ojciec został wysiedlony i przez całe życie mówił w domu w języku miejscowym – języku Bojków. Ten człowiek przyjechał po raz pierwszy, by odnaleźć wieś swoich przodków.

To jest prawdziwa historia Bieszczad – nie tylko daty i polityka, nie tylko UPA i Akcja Wisła, ale także powolne, czasem bolesne odkrywanie korzeni przez wnuków tych, których stąd wyrzucono.

Gdzie szukać śladów Łemków i Bojków dzisiaj?

Jeśli chcesz samodzielnie podążyć tropem Łemków i Bojków, Bieszczady i Beskid Niski są pełne ich śladów. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie patrzeć. Warto odwiedzić Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku, gdzie prezentowane są przykłady budownictwa ludowego, w tym tradycyjne chyże, chaty, budowa kominów oraz zespoły cerkiewne, które odzwierciedlają kulturę i styl życia Bojków.

Muzea, w tym muzeum budownictwa ludowego (Najlepszy start)
  • Skansen w Sanoku (Muzeum Budownictwa Ludowego): To absolutna podstawa. Na ogromnym terenie zrekonstruowano całe wsie, w tym chaty i zespoły cerkiewne Łemków i Bojków. Można tam zobaczyć autentyczne elementy kultury materialnej tych grup etnicznych.

  • Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zdyni: Prywatny skansen prowadzony przez panią Marię Gocz, pełen niezwykłej atmosfery i autentycznych eksponatów.

  • Muzeum Kultury Duchowej i Materialnej Bojków w Myczkowie: Miejsce, gdzie można poznać historię i kulturę Bojków, a także spotkać ludzi szukających swoich korzeni.

Cerkwie (Architektura i duch)

Na stronie polskiej Szlak Cerkwi Drewnianych to prawdziwa perła. Najważniejsze punkty to:

  • Smolnik nad Sanem i Turzańsk: Dwie cerkwie z regionu wpisane na listę UNESCO, będące przykładami unikalnego budownictwa ludowego i zespołów cerkiewnych.

  • Ulucz: Moim zdaniem najpiękniej położona cerkiew – stoi na wzgórzu, w lesie, z dala od cywilizacji.

  • Równia: Klasyczna, piękna cerkiew bojkowska tuż pod Ustrzykami.

Opuszczone wsie (Teren)

To esencja historii Bieszczadów. Jeśli planujesz wyjazd w Bieszczady, warto poświęcić jeden dzień na wędrówkę po pustych dolinach, zwłaszcza szlakami prowadzącymi przez obszar wysokiego działu, gdzie można poczuć wyjątkowy klimat najwyższych partii tych gór:

  • Beniowa: Dojdziesz tam z parkingu w Bukowcu. Został tam potężny cmentarz i ruiny cerkwi z unikalną chrzcielnicą w kształcie ryby.

  • Jawornik: Wieś w Beskidzie Niskim, która miała opinię „wampirycznej”. Na miejscowym cmentarzu Kolberg zanotował wiele mogił z głowami uciętymi i kołkami osikowymi wbitymi w piersi.

  • Łopienka: Wieś, która już nie istnieje, ale cerkiew została pięknie odbudowana dzięki pasjonatom.

Opowieści, które trzeba usłyszeć

Ten artykuł to tylko wstęp. Prawdziwa historia kryje się w głosach ludzi. Nie muszę opowiadać, jak śpiewa Daria Kosiek – możesz jej posłuchać. Nie muszę streszczać historii pani Marii Gocz – jej głos łamie się, gdy wspomina wysiedlenie.

Warto pamiętać, że zawiła historia Łemków, ich pochodzenie i losy, była przedmiotem licznych badań, zarówno przez ukraińskich badaczy, jak i w pracach Wincentego Pola, który opisywał życie i kulturę Bojków. Szczególne znaczenie dla tożsamości tej grupy ma język rusińsko-łemkowski oraz nauczanie języka łemkowskiego, które odgrywają kluczową rolę w zachowaniu tradycji i kultury. W latach 80. i 90. XX wieku doszło do zjednoczenia Łemków poprzez reaktywację organizacji i stowarzyszeń, co przyczyniło się do odrodzenia ich kultury i edukacji językowej.

Celowo pominąłem niemal cały trudny temat działalności UPA – opowieści o tym, jak wyglądało to „od środka”, jak siłą wcielano ludzi do oddziałów, jak brat walczył przeciw bratu i jak wyglądały samosądy. To zbyt mocne historie, by je streścić.

Pojechałem w Bieszczady szukać dzikiej przyrody. Znalazłem ludzi. Ich opowieści czekają.

Wszystkie te głosy, pieśni i historie usłyszysz w 154. odcinku podcastu „Na końcu Polski, w środku historii”. Zapraszam.

Leave a comment